Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Rzymskokatolicka Parafia Ducha Świętego i NMP Matki Kościoła

ul. Bolesława Krzywoustego 2, 47-232 Kędzierzyn-Koźle

Wizyta s. Joanny w naszej parafii

W niedzielę 19.07.2015 odwiedziła nas s. Joanna ze zgromadzenia Służebnic Ducha Świętego - nasza parafianka, która jest misjonarką w Boliwii. W tym dniu skierowała do nas słowa:

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Kochani parafianie,
Od sześciu lat pracuje na boliwijskiej ziemi i kiedy przybywam na polska ziemie, w jakiś sposób przynoszę tez naszych ludzi ze sobą, by dzielić się tym, czego się wśród nich uczę. Bardzo lubię patrzeć na hojność ludzi ze wsi. W ogóle mieszkam na wsi, wiec mam okazję często jej doświadczać. Kiedy organizowane są spotkania większych grup, ludzie maja w zwyczaju przynosić ze sobą trochę jedzenia w tobołku. Później rozwija się tak zwane aguyao, kładzie na ziemi, jak obrus i na to wysypuje się jedzenie. Urządza się tzw. apthapi. Zazwyczaj ludzie przynoszą gotowane ziemniaki, chuno, tunte, czasem usmażone jajko, trochę pikantnego sosu i od święta zdarza się kawałek mięsa. Z tych aguayo wychodzi długi chodnik na ziemi, do którego każdy może podejść i wziąć sobie, ile chce. Siadamy wtedy naokoło tego prowizorycznego stołu i jemy do sytości. Jedzenie jest skromne, bo ludzie na wiosce żyją skromnie, ale zaprawione jest duża doza miłości. I ciekawe, ze zawsze jeszcze zostają resztki. Chce wierzyć, ze ten zwyczaj się nie zmieni, ze nasi ludzie pozostaną hojni zawsze, pomimo napływu kultury konsumpcjonizmu i do nas...

Druga rzeczą, która mnie mocno dotyka u naszych ludzi jest solidarność. Zasada wzajemnej pomocy jest bardzo silna, ale myślę, ze i bez niej, ludzie by sobie pomagali. Ludzie wiedza, ze dziś oni pomagają, ale za chwile może się zdarzyć, ze sami będą potrzebować pomocy. Najlepiej widać to w podróży. nasza wioska, Tapacari, położona jest w głębi gór. Dociera się tam wąskimi ścieżkami, których nie znajdzie sie na mapach Google, wiec możecie sobie wyobrazić ich stan. W porze suchej przejazd nie jest trudny, ale kiedy tylko zaczynają padać deszcze, sytuacja się komplikuje - drogi często są zawalone i trzeba sie zatrzymywać na co drugim zakręcie, a tych jest naprawdę sporo. I właśnie wtedy zadziwia mnie solidarność ludzi. Ciężarówka albo bus zatrzymują się, mężczyźni wysiadają, biorą łopaty i kilofy, które sa nieodłącznym wyposażeniem każdego samochodu u nas, i zaczynają odkopywać drogę. Nikt nie powie, ze jakaś służba drogowa powinna to zrobić, tylko zwyczajnie wszyscy biorą się do roboty. A kiedy zdarzy się, ze na drogę spadnie jakiś wielki głaz, albo jest ona zasypana totalnie, trzeba zawołać kierowcę traktora, żeby nas poratował. Możecie sobie wyobrazić, ile trwa taka podróż, jeśli trzeba się wiele razy zatrzymywać, ale powiem Wam, ze pomimo zmęczenia, ludzie jada szczęśliwi. Dzielimy się woda, jedzeniem, nawet miejscem, bo czasem jedziemy ściśnięci jak sardynki w puszce i jeden siedzi oparty o drugiego. Piękne tez jest to, jak kierowcy busów i ciężarówek pomagają sobie nawzajem. jeśliby ktoś zakopał się w rzece, to drudzy staja, żeby pomóc mu się wydostać. Ciągną łańcuchami samochód, popychają, wykopują go, byle tylko wyciągnąć. I nikt nie narzeka, ze wraca do domu przemoczony i brudny z błota. Wszyscy wiedza, ze rzeka jest niebezpieczna w takiej porze, ze trzeba pomoc, bo jeśli przyjdzie większa fala, woda może nawet przewrócić samochód!

 

 

My, siostry, prowadzimy w Tapacari internat dla dzieci i młodzieży i szkole dla dorastającej młodzieży. To są dzieci i młodzi z wiosek oddalonych nieraz o 4-5 godzin drogi od Tapacari. Gdyby nie było internatu, może w ogóle nie chodziliby do szkoły. Staramy się stworzyć im dom. W końcu zostają u nas przez cały czas. Tylko co dwa tygodnie idą do swoich domów na weekend, żeby pobyć z rodziną. Wiemy, ze żyją biednie, dlatego w internacie staramy się zapewnić im dobre warunki dla rozwoju. Często przypominają mi się słowa, ze trudno głosić ewangelie człowiekowi, który jest głodny. Najpierw trzeba zatroszczyć się o ciało, o godne warunki życia. Myślę, ze taka troska o tych młodych ludzi jest już dla nich odczuwaniem tego, jak Bóg o nich dba. Dla dzieci i młodych jesteśmy często jak mama i tata. Ze wszystkim do nas przychodzą. Wiem przez to, ze nasza obecność tam jest ważna, ze jest jak troska Jezusa o tłumy, które nie miały co jeść, kiedy szły Go słuchać. Dzięki temu, ze mamy dzieci i młodych przy sobie, wiele możemy zrobić razem. Chodzi nam tez o to, żeby wychować ich mądrze, nauczyć wartości ewangelicznych, ale i zaradności życiowej. Razem się modlimy, razem pracujemy, uczymy i wreszcie tez razem odpoczywamy. I myślę, ze właśnie o to chodzi, by przez codzienne gesty troski i dobroci budować Królestwo Boże wśród nas.

 

 

Papież Franciszek często nawołuje nas do wychodzenia na peryferie, do zauważania potrzeb drugiego człowieka i do dawania konkretnej odpowiedzi. Zęby przełamać kulturę indywidualizmu, a nauczyć się solidarności. Dziękuje każdej i każdemu z Was za wszelką pomoc, ofiarę, modlitwy, którymi wspieracie naszą misję w Boliwii. Wierzę mocno, ze dobro ofiarowane drugiemu człowiekowi, powróci do Was pomnożone. Niech dobry Bóg to dla Was sprawi i niech Wam hojnie błogosławi.

 

 

zdjęcia: Daniel Kubny, ze zbiorów s. Joanny

IV NIEDZIELA WIELKANOCNA
21.04.2024


ogloszenia

intencje





 [aktualizacja: 29.01.2024]
Na rok 2024

katechumenat